Brenna | Cieszyn | Czeski Cieszyn | Chybie | Dębowiec | Goleszów | Hażlach | Istebna | Jasienica | Jaworze | Ostrawa | Skoczów | Strumień | Ustroń | Wisła | Zebrzydowice

wronka

Przypadek ..

Oceń wpis
i kolejny felieton Pawła Reszka

Hotel był brudny i biedny. W mieście na dalekich kresach Imperium czuliśmy jak bardzo nas nienawidzą. Ta nienawiść była skryta za uśmiechami i uprzejmością. Ale oczy tutejszych stale pytały: „Czego tu chcecie? Po co przyjeżdżacie?”.


Jego nienawidzili za to, że był Rosjaninem. Mnie nienawidzili, bo myśleli, że jestem Rosjaninem. Może to nas połączyło?


Siedzieliśmy na łóżkach w jego pokoju. Na szafce dwie szklanki, dwie butelki wódki i czekolada. On mimo dojrzałego wieku miał ciągle ładną, chłopięcą twarz.


Z portfela wyciągnął zdjęcia dzieci.
- Śliczne – powiedziałem. Rzeczywiście wzbudzały zachwyt. Małe, jasnowłose kruszynki. Archetyp słowiańskiego piękna.

Nie pasowały do tego brudu, wódki i naszych śmierdzących oddechów. Miałem go zapytać co robi tym miejscu. Dlaczego nie siedzi w wygodnym moskiewskim mieszkaniu, nie cieszy się rodzinnym szczęściem. Ale uprzedził mnie:

- Czy myślisz, że życiem rządzi przypadek? Los?


Odpowiedziałem żartem, cytując niewielkie opowiadanie Tołstoja. Pięknie nakreśliłem postać zakochanego Iwana Wasiliewicza, który przez cały bal nie chce wypuść z ramion cudownej Warieńki. Tańczą walce, kadryle. Tylko raz oddaje swoją ukochaną, na jednego mazura, jej władczemu ojcu. Dostojnemu pułkownikowi z dobrze przystrzyżonymi bokobrodami, ubranemu z paradny mundur. Iwan Wasiliewicz patrzy na taniec. Widzi jak córka i ojciec są piękni. Jak do siebie podobni. Kocha już nie tylko ją, ale ich oboje. „Po balu”, już nad ranem, idzie na przechadzkę po zasypanym śniegiem mieście. Nogi same niosą pod dom ukochanej. Tam słyszy inną muzykę. Napawającą lekiem, przywodzącą na myśl śmierć. Straszliwą. Idzie oddział żołnierzy. Biją bębny, gra flet. Między żołnierzami zbieg, dezerter. W rytm bębnów wojacy katują go pałkami.


Tata Warieńki dowodzi egzekucją. Pułkownik pilnuje, żeby wszyscy bili mocno, bez litości.
Spojrzenia przecinają się na jedną chwilę. Iwan Wasiliewicz wie, że od tej pory kiedy będzie patrzył na Warię, wspomni mu się ta scena. Zrządzenie losu, w okamgnieniu, zabiło wielkie uczucie.


- A więc, mój drogi, przypadek rządzi życiem. Tak pisał wasz wielki klasyk – roześmiałem się.
A mój towarzysz nie śmiał się. Może przeszkadzało mu, że streściłem Tołstoja z radosną dezynwolturą i że bez żadnych wątpliwości wziąłem stronę Iwana Wasiliewicza?


- Przecież bandytów i dezerterów trzeba karać. Na wojnie nie ma miejsca na szlachetność. Szlachetni romantycy wojny przegrywają – mówił – Czasem wyobrażam sobie jak wyglądały nasze szturmy Warszawy.

Miasto jest otoczone przez ciężkie działa i zaprawioną w bojach piechotę. Nie ma już dla was żadnej nadziei. I wtedy w szaleńczym porywie rzucacie się na nasze szańce. Figurki żołnierzy widać coraz wyraźniej. Nasi oficerowie podnoszą się zwolna, przyciskają lornetki do oczu:


„Ależ oni atakują!”,


„Niemożliwe!”,


„A jednak!”,


„Jacy piękni!”,


„Dzielne wojsko”.


Wszyscy w zachwycie czekają słowa dowódcy, który w końcu powie:


„No, panowie oficerowie dość tego widowiska”.


- I wydane zostaną suche rozkazy. Malowani żołnierze zginą za chwilę. Niektórzy z naszych oficerów, będą płakali. Mogę ci przysiąc, że i ja bym płakał – mówił jakby w gorączce.


- A potem? – zapytałem.


- Potem będziemy mieli wasze miasto, wasze domy i wasze kobiety. Bo na tym polega wojna.
Nie wiedziałem co powiedzieć.

Nie mogłem się na niego gniewać, bo przecież powiedział szczerze, uchylił mi kawałek swojej duszy.


- Na wojnie nie ma miejsca na szlachetność – powtórzył.


- Skąd o tym możesz wiedzieć?


- Widzisz tamtego bili pałkami. W moich czasach biło się wyciorami. Służyłem w armii, gdy upadał Związek Radziecki. Wówczas każda kradzież, dezercja, niegodziwość uchodziła bez kary. Nie było przecież państwa, któremu składaliśmy przysięgę. Szeregowiec Uzbek zgwałcił i udusił młodą dziewczynę. Oddać go prokuratorowi? Sądowi? Bez sensu. Wypuszczą za drobną łapówkę. A my byliśmy przecież oficerami, honor nam nie pozwalał.


- A więc?


- Biliśmy go wyciorami to utraty tchu.

Ty tylko czytasz u Tołstoja o plecach zmienionych w krwawą miazgę.

Ja sam zmieniałem plecy człowieka w krwawą miazgę. Biłem, aż zabiłem. Dlatego nigdy nie każ mi stawać po stronie Iwana Wasiliewicza.


„Nie jest wykluczone, że Polacy wiedzą o Rosjanach to, co Rosjanie wiedzą o sobie samych, nie chcąc się do tego przyznać, i odwrotnie”, tak pisał Czesław Miłosz.

Jednakże tej nocy wszystko o czym zazwyczaj milczymy zostało powiedziane. Może niepotrzebnie i zbyt pochopnie.


Już świtało.

Obaj widzieliśmy, że widzimy się ostatni raz.

Że nigdy nie odwiedzę go w Moskwie i nie pogłaszczę po głowach jego jasnowłosych dzieci.

Zawsze wówczas w oczach stawałby mi bity wyciorami na śmierć Uzbek.



Taki przypadek.
Kategorie
Uncategorized

Komentarzy